9.05.2012
środa

Śląska partia regionalna, czy ogólnopolska partia regionów?

9 maja 2012, środa,

Tuż przed śląskim okrągłym stołem – wzięło w nim udział kilka stowarzyszeń mających śląskość lub górnośląskość w nazwie – Kazimierz Kutz rzucił pomysł, aby przekształcił się on w Regionalną Partię Górnego Śląska. Czy to ma polityczny sens?

Śląski okrągły stół (choć ten akurat był z kantami), to pokłosie wstępnych danych dotyczących spisu powszechnego. Ślązacy poczuli się mocni wynikiem 809 tys. deklaracji – z tego 362 tys. przyznało się (przypomnę) do czystej śląskości, reszta to różne konfiguracje polsko – śląsko – niemieckie – nawet czeskie. W większości polsko – śląskie i śląsko – polskie. Wyniki interpretowane są głównie w kontekście dwóch województw: śląskiego i opolskiego (to w sumie ok. 5, 7 mln mieszkańców), choć można przypuszczać, że gdzieś z 10 proc. to deklaracje spoza tych regionów, z kraju. Metodologia spisu – jak i pytania o tożsamość narodową lub etniczną – jest podważana i kontestowana, zarzuca się mu m.in. brak „powszechności”, ale wstępne dane zrobiły swoje.

Śląskie organizacje, które często skakały sobie do oczu, usiadły przy jednym stole. Po co? Generalnie śląski szczyt chce mówić jednym głosem w sprawie uznania śląskiego za język regionalny, a Ślązaków – za przynajmniej grupę etniczną. Przygotowywany jest list – apel do premiera Tuska, aby dopuścić śląską reprezentację do Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych. Na razie jako obserwatorów, a po ustawowym uznaniu Ślązaków za grupę etniczną – jako pełnoprawnych przedstawicieli największej mniejszości w kraju. Przesłanie jest jasne: Tusk, jako Kaszuba, powinien zrozumieć śląskie aspiracje.

Do śląskości przyznaje się spory, ale przecież nie dominujący, procent ludności Śląskiego i Opolskiego. To warto po raz któryś powtarzać – szczególnie w kontekście przekazu dla całego kraju, że Ślązacy rzekomo dążą do autonomii a nawet separatyzmu. Coś takiego się nie zdarzy. Osobiście wolę mówić o większej samodzielności regionu – jak wszystkich innych regionów w kraju. W województwach śląskim i opolskim ten projekt musiałby najpierw – aby być iskrą dla całej Polski – uzyskać poparcie większości polskiej. Będzie trudno.

Śląskość jest dzisiaj głośna, niewątpliwie na fali wznoszącej, ale wątpię, aby mogła narodzić się z tego regionalna partia, jaką proponuje Kutz. Regionalnymi partiami de facto są już Towarzystwo Społeczno – Kulturalne Niemców na Śląsku Opolskim i Ruch Autonomii Śląska. Biorą udział w wyborach i we władzach samorządowych.
Akces do śląskiej (czy górnośląskiej) regionalnej partii musiałby zadeklarować wszystkie śląskie organizacje, a na to się nie zanosi. Usiąść razem przy stole – to jedno, ale tworzyć wspólny polityczny byt – to zupełnie inna sprawa. Przypuszczam, że RAŚ, bez wątpienia numer jeden wśród śląskich organizacji, nie będzie się pchał, aby wejść do tego ogródka. Choćby dlatego, że rozmyłby się wśród śląskich wzajemnych pyskówek.
Co innego gdyby powstała ogólnopolska partia regionów – ta idea, kiełkuje u nas od kilku lat, ale owoce może dać dopiero wówczas, kiedy podobne (choć nie autonomiczne z nazwy) firmy narodzą się w innych województwach. Jerzy Gorzelik, lider RAŚ, deklaruje, że akurat w taki projekt chętnie by się zaangażował. Póki co może lepiej do spraw regionalnych nie mieszać wielkiej polityki.

Utworzenie ogólnopolskiej partii regionalnej jest realne, ale czy byłaby ona skazana na sukces, na miarę choćby Ruchu Palikota? Wątpię. Z kolei śląska (górnośląska) partia może zaspokoić polityczne ambicje dużej grupy śląskich działaczy, ale nie odniesie sukcesu, nawet na wojewódzkiej scenie, bez włączenia się do niej polskiej większości.

Póki co z tego śląskiego okrągłego stołu powinna wyłonić się nie partia, ale jakaś rada śląskich organizacji – ciało reprezentujące interesy Ślązaków, które niewątpliwie kryją się za spisowymi deklaracjami. Najpierw muszą być sprecyzowane wspólne cele. Język regionalny, mniejszość etniczna…i co dalej?
Musi to też być „rada”, która pamięta, że śląskość istnieje w morzu polskości – i na żadne zmiany tego stanu rzecz się nie zanosi.

25.04.2012
środa

Honor i historia

25 kwietnia 2012, środa,

Jutro (w czwartek) dowiemy się, czy Barbara Blida została honorową obywatelką Siemianowic Śląskich, rodzinnego miasta.

O tragicznych wydarzeniach sprzed 5 laty pisze w komentarzu Piotr Pytlakowski. Sprawa honorowego obywatelstwa wyszła od radnych Platformy Obywatelskiej. Blida zrobiła sporo dla Siemianowic – taka
satysfakcja, przede wszystkim dla rodziny, byłaby jak najbardziej potrzebna i słuszna. To moje zdanie.

Ale też rozumiem oponentów tego pomysłu. Czy aby nie za wcześnie? Tyle kwestii nie zostało jeszcze wyjaśnionych… Źle by było, dla pamięci o Barbarze Blidzie, gdyby uchwała o uhonorowaniu utonęła w partyjnych połajankach, a w końcu przeszła minimalną liczbą głosów. Ona na to nie zasługuje.

Z innej beczki: nie byłem jeszcze na „Miłości w Königshütte” w Teatrze Polskim w Bielsku – Białej, więc nie powinienem zabierać głosu. Zbyt jednak często sztukę recenzują ci, którzy jej nie widzieli. Jak Stanisław Pięta, poseł PiS, który domaga się odwołania Roberta Talarczyka, dyrektora teatru, za wpuszczenie „Miłości…”, w jego ocenie „antypolskiego spektaklu”, na bielskie deski.

Wyjaśnień od Talarczyka zażądał Jacek Krywult, prezydent Bielska – Białej (teatr jest własnością miasta). W piśmie do dyrektora zauważa, że problemy poruszone w „Miłości…” dotyczą Górnego Śląska, a tym samym obce są dla miasta związanego historycznie i kulturowo ze Śląskiem Cieszyńskim (Bielsko) i Małopolską (Biała). Dyrektor jeszcze na list nie odpowiedział, ale zdążył publicznie zauważyć, że po co w takim razie w teatrach wystawiać „Wesele”, skoro rzecz dotyczy tylko małej wioski w Małopolsce?!

Sztuka Ingmara Villqista dotyka rozliczania się z tragiczną powojenną historią Śląska. Ale czy tylko Śląska? Dotyczy bowiem dramatów tysięcy ludzi winnych tylko tego, w 1945 r. żyli tu i teraz. Jedni na Wschodzie, inni na Zachodzie. Na Górnym Śląsku i w obecnej Bielsko – Białej. Ma wymiar uniwersalny.

Nie wiem, czy jest dobra, czy zła – na pewno kontrowersyjna, bo wzbudza skrajne polityczne emocje. Ale to jeszcze za mało, by żądać za to głowy dyrektora. Wydawało się, że te czasy bezpowrotnie minęły.

26.03.2012
poniedziałek

Największa mniejszość

26 marca 2012, poniedziałek,

Już wstępne wyniki ubiegłorocznego spisu powszechnego – przypomnę: narodowość śląską zadeklarowało 809 tys. osób – wysmażyły pasztet polsko – śląski, który nie tylko trzeba będzie zjeść, ale też politycznie przetrawić.

Diabeł tkwi w szczegółach, więc zacznę od nich. Podczas II Kongresu Demograficznego prezes GUS, Janusz Witkowski, podał: jednorodną polską tożsamość potwierdziło w spisie 2011 r. ok. 35,3 mln osób (na 38,5 mln mieszkańców) – to jest 91,6 % obywateli. Dominacja polskości jest więc bezdyskusyjna. Za to dyskusje zaczynają się przy mniejszościach narodowych i etnicznych. Tych ustawowo uznanych i nieoficjalnych.

Jako pierwszą i jedyną identyfikację śląską wpisało 362 tys. obywateli RP (w spisie z 2002 r. Ślązaków było 173 tys.). Dalej: w sumie śląskość na pierwszym miejscu zdeklarowało 418 tys. osób. Szczegółowych danych jeszcze nie ma, ale można przyjąć, że 56 tys. wybrało przede wszystkim takie konfiguracje: Ślązak – Polak, Ślązak – Niemiec. Wiadomo też, że 415 tys. osób wybrało na pierwszym miejscu narodowość polską, na drugim śląską. Ciekawe będą dane, jak wyniki spisu rozłożyły się w województwach śląskim (4,7 mln) i opolskim (ok. jednego miliona). Wyniki spisu już są kontestowane z racji metodologii – przebadano tylko 20 proc. mieszkańców (na przykład do mnie nie pofatygował się pies z kulawą nogą, jak również do sąsiadów na siemianowickim osiedlu) i pomnożone razy pięć. Ruch Autonomii Śląska ma pretensje, i słusznie, że nie uwzględniono deklaracji internetowych, choć zachęcano wcześniej do takiego spisywania się. Można przypuszczać, że śląskość urosłaby w siłę po doliczeniu internetowych wyników.

A tak mamy ponad 800 tys. osób, które zadeklarowały swoją śląskość w różnych układach: polsko – śląsko – niemieckich, albo jeszcze jakichś. Co ten wynik oznacza? Jeżeli byli tacy, a byli!, którzy spis traktowali jako plebiscyt za autonomią Śląska, to to referendum przegrali, choć nie można powiedzieć, że znaleźli się na tarczy. Ponieważ tak wielka mniejszość nie może być już ignorowana przez Warszawę w takich kwestiach jak ustawowe uznanie jej właśnie za mniejszość etniczną (kwestia narodowości byłaby trudniejsza), a śląskiej godki – za język regionalny. Musi się zmienić strona prawna tego problemu. Uważam, że nie powinno już być kłopotów z rejestracją stowarzyszeń mających w szyldzie „narodowość śląską” – jak ostatnio w Opolu, gdzie Prokuratura Okręgowa zakwestionowała byt Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej, bo takiej narodowości nie ma w ustawie. Piszę to jako obywatel, który w deklaracji spisowej (gdyby przyszli ankieterzy) wpisałby narodowość polską i zastanawiał, czy na drugim miejscu nie dopisać identyfikacji śląskiej, bo mieszkam w województwie śląskim i tutaj zapuściłem korzenie.

Możemy – dalej – spodziewać się powstania innych śląskich stowarzyszeń, bardziej radykalnych niż RAŚ Jerzego Gorzelika (śląskiego wicemarszałka), którego celem jest autonomia w 2020 r. Możemy przyjąć, że wiatr w żagle złapią nie tylko „śląscy nacjonaliści”, ale też antyśląscy i antyniemieccy nasi narodowcy. Dużo zależeć będzie od postawy tych, którzy w deklaracjach wpisali polsko – śląską identyfikację. Dzisiaj próbuje reprezentować ich, zresztą dość anemicznie, Ruch Obywatelski „Polski Śląsk” Piotra Spyry (wicewojewoda śląski). Tak mocne przebudzenie śląskiej tożsamości powinno prowadzić do ożywienia życie politycznego w województwach śląskim i opolskim. Jeżeli na tym gruncie powstałaby silna partia regionalna, to dominujące znaczenie straciłyby – przynajmniej w woj. śląskim – partie ogólnokrajowe: PO, PiS, RP czy też SLD.

Po spisie kłopoty mają Niemcy. Skurczyli się do 109 tys. (wobec 150 tys. w 2002 r.) w skali kraju. Ciekawe będą szczegółowe wyniki pokazujące ich stan posiadania w dotychczasowym niemieckim bastionie – na Opolszczyźnie. Jeżeli okaże się, że przeszli na śląską stronę mocy, to zachwiana zostanie ich pozycja na politycznej scenie województwa. Padnie pytanie: czy taka mniejszość dalej powinna korzystać z przywileju wyborczego (chodzi o 5 % próg wyborczy)? I kolejne: jak na to zareaguje Berlin?

Cóż, Ślązacy po raz kolejny okazali się największą mniejszością w Polsce, choć ustawowo nie są nawet grupą etniczną. Na drugim miejscu są Kaszubi (228 tys. – w tym 212 tys. deklaracji polsko – kaszubskich i 16 tys. czysto kaszubskich). Na trzecim – Niemcy (109 tys. – w tym dla 49 tys. niemieckość jest na pierwszym miejscu).

Wyniki spisu bez wątpienia zamieszają w śląskim kotle. Będzie źle jeżeli zradykalizują nastroje polityczne. Będzie dobrze jeśli wzmocnią pozycję województwa na krajowej scenie. I trzeba będzie wreszcie odpowiedzieć na pytanie: są Ślązacy mniejszością narodową (etniczną), czy nadal nią nie są?

21.03.2012
środa

Kulczyk na węglu

21 marca 2012, środa,

Czy reformatorzy górnictwa z poprzednich lat popełnili błąd likwidując węglowe kopalnie? Trudno nie zadać tego pytania w sytuacji, kiedy wzrasta import, zamiera eksport i jest sporo chętnych – z Janem Kulczykiem włącznie – do budowy nowych kopalń.

Stan górnictwa jest taki: w 2011 r. wyprodukowaliśmy blisko 76 mln ton węgla, a import przekroczył 15 mln ton – głównie z Rosji. Dzięki wysokim cenom kopalnie zarabiały średnio ponad 50 zł na każdej tonie.

Wielkość importu, to wydobycie 4 – 5 średniej wielkości kopalń. Mamy więc węglową dziurę, którą opłaca się zasypać. Za łopatę złapał Kulczyk, który chce wybudować na Śląsku dwie kopalnie. Miałyby one dostarczać węgiel do planowanej Elektrowni Północ o mocy 2000 MW. Do wytworzenia takiej ilości energii potrzeba 4 – 5 mln ton węgla kamiennego. Szacuje się, że budowa kopalni to dzisiaj rząd 300 mln euro. Te Kulczykowe mają być bez tradycyjnych szybów – pod ziemię będą prowadzić z powierzchni tzw. upadowe, którymi też transportowany będzie węgiel. To znakomicie obniża koszty inwestycji i wydobycia.

Podobne rozwiązanie już realizuje czeska spółka NWR – Karbonia, która buduje „Nowe Dębieńsko” na gruzach zlikwidowanej w 2000 r. kopalni „Dębiańsko” w Czerwionce – Leszczynach. Tu będą dwie upadowe po 4,5 km każda. Niebawem wydobycie zacznie kopalnia „Silesia” w Czechowicach – Dziedzicach. Kupili ją Czesi. Czesi zainteresowani są także zlikwidowaną w 2001 r. kopalnią „Morcinek” w Kaczycach, tuż przy granicy. Szyb tej najmłodszej polskiej kopalni w spektakularny sposób wysadzono.

Kilka prywatnych firm chce odbudować zamknięte kopalnie w Chorzowie i Jaworznie. Dobrym dla nich przykładem jest pierwsza prywatna kopalnia „Siltech” w Zabrzu (założona w 2002 r. na gruzach zlikwidowanej kopalni „Jadwiga”, d. „Pstrowski”) – ta najmniejsza węglowa firma, fedrująca zaledwie 200 tys. ton węgla, zarobiła w ubiegłym roku na czysto ok. 5 mln zł. Do budowy swojej kopalni przymierza się nasz były wielki eksporter węgla – Węglokoks.

Na pewno ceny węgla uruchamiają wyobraźnię i plany, jakie to kokosowe interesy można robić w górnictwie?! A jak spadną, to co? Bo spaść muszą, ponieważ świat inwestuje olbrzymie pieniądze w kopalnie (szczególnie odkrywkowe) i za kilka lat w europejskich portach pojawi tani węgiel, może nawet tańszy od rosyjskiego. Czy w takim razie Kulczyk, jak przed laty państwo, zamknie swoje kopalnie?

Nie, ponieważ będą ściśle powiązane z jego energetyką – będą fedrować nie na rynek, tylko dla jego elektrowni zbudowanych pod ten konkretny węgiel. W tym rachunku liczyć się będzie końcowy produkt – prąd. Podobnie sprawa wygląda w Południowym Koncernie Węglowym, powiązanym kapitałowo z Grupą Turon, którego dwie kopalnie wydobywają węgiel tylko dla potrzeb energetycznego giganta. Stąd też swoją elektrownię chce też mieć Kompania Węglowa, największa firma górnicza w Europie.

Wszystko wskazuje na to, że nasze górnictwo stoi na progu wielkich inwestycji. Może nie na miarę tych, z epoki PRL, ale sporych, jak na XXI wiek. Jak na czasy, kiedy w innych krajach UE górnictwo jest zwijane. Inwestycji prywatnych! – to ważne, bo państwo już nie weźmie kopalń i górników na swój garnuszek.

Ale czy państwo z wystarczającą rozwagą podejmowało wcześniej decyzje o zamykaniu swoich kopalń? Niektórych na pewno nie dałoby się uratować mimo fantastycznej węglowej koniunktury – po prostu wyczerpały się w nich złoża. Przy kilku – m.in. „Dębieńsko” i „Morcinek” – można postawić znaki zapytania? Decyzje zapadały w latach 90., kiedy zamierało europejskie górnictwo, a ceny węgla były marne. Nie dysponowaliśmy wówczas choćby technologiami strugowymi pozwalającymi opłacalnie wydobywać węgiel z niskich pokładów.

Jeszcze kilka lat temu wiadomości o budowie nowych kopalń na Śląsku odbierane byłyby z niedowierzaniem. Po jaką cholerę? Dzisiaj z nadzieją. W samej Kompanii Węglowej, która zatrudnia ok. 60 tys. osób, leży 26 tys. podań o pracę. I jeszcze jedno: z węgla kamiennego produkujemy ok. 60 proc. energii. Bardzo długo to się nie zmieni.

17.02.2012
piątek

Spis spiskowy

17 lutego 2012, piątek,

Czym ciszej w sprawie wyników ubiegłorocznego spisu powszechnego – szczególnie dotyczących narodowości i języka domowego – tym głośniej o teoriach spiskowych i możliwych kombinacjach. Szczególnie dotyczących osób, które zadeklarowały przynależność do narodowości śląskiej.

Reporter TVP Katowice zapytał mnie, co o tym wszystkim mamy sądzić? Najchętniej odpowiedziałbym słynną już uwagą sekretarza Grudnia, który zapytany o to, czy to dobrze, czy źle, że Polak został papieżem, szczerze przed laty wyznał: Powiem „uciwie”, nie wiem! Tym bardziej, że nie znalazłem się w grupie 20 proc. osób wytypowanych do odpowiedzi na szczegółowe pytania. Ani w tej części, która miała odpowiedzieć na podstawowe pytania. Przez trzy spisowe miesiące pies z kulawą nogą do mnie nie zaglądnął, ani nikt nie zadzwonił. Ale ze spisem nie da się wykręcić sianem. Coś bowiem jest na rzeczy.

Od spisu minęło już prawie 8 miesięcy. Dane rejestrowane były przez terminale elektroniczne, albo wysyłane przez Internet. Żadne arkusze, które wypełnialiśmy skrupulatnie w 2002 r. Wyniki powinny więc być znane, góra, w ciągu tygodnia. Wstępne wyniki miały być opublikowane we wrześniu 2011 r., potem w grudniu, następnie w styczniu bieżącego roku, w lutym…teraz termin przesunięto na połowę roku. Co powoduje, że nie możemy się dowiedzieć ilu w 38 – milionowym kraju jest obywateli przyznających się do innej niż polska mniejszości narodowych i etnicznych oraz dla ilu językiem domowym, nie jest polski?

Przypomnę, że w spisie sprzed dziesięciu lat (patrz: „Spis emocjonalno – polityczny” – wpis z marca 2011 r.) do narodowości innej niż polska przyznało się w całym kraju 471 tys. osób (1.5 proc. obywateli RP) – z tego prawie 326 tys. w województwach śląskim i opolskim: 173 tys. – to Ślązacy, 153 – Niemcy. Szacuję, że w ostatnim spisie do narodowości śląskiej mogło przyznać się w województwach Górnego Śląska i w całym kraju 400 – 500 tys. osób. Do tego może dojść kilkaset tysięcy obywateli, którzy deklarują takie konstelacje: Polak – Ślązak, Ślązak – Polak, Ślązak – Niemiec itp. Jeżeli do tego dodamy inne narodowości (Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Żydzi itd.) to w moim odczuciu mniejszości narodowe i etniczne liczą w Polsce ok. miliona obywateli. Dominacja polskości nadal będzie niepodważalna – i to nie jest chyba powód zwlekania z publikacją wyników spisu dotyczących narodowościowych deklaracji.

Być może zawiodła metodologia badań. Wyniki uzyskane od 20 proc. obywateli miały być rozszerzone na całą populację. Wyobraźmy więc sobie, że jakimś trafem wśród wytypowanych do spisu znalazło się dużo entuzjastów śląskości, albo – nie daj Boże – niemieckości. Jeżeli ich deklaracje pomnoży się razy pięć, to…to wielu polityków pot zimny oblewa. Już słyszałem opinie, które wyprzedzająco podważają wartość spisowych informacji: skoro przebadano tylko część społeczeństwa, to trudno uznać to za spis powszechny!

Wydaje mi się, że bardziej niż wyników spisu nasi decydenci obawiają się tego, co będzie dalej? Co będzie z narodowością śląską, ze statusem języka – godki i z wieloma innymi śląskimi sprawami? Czy po opublikowaniu wyników spisu prokuratura – jak ostatnio Prokuratura Okręgowa w Opolu – odważy się kwestionować decyzję sądu o zarejestrowaniu Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej? Argument był taki: skoro narodowość śląska nie jest zapisana w ustawie, to jej nie ma, więc nie ma można tworzyć prawnych bytów pod takim szyldem!

Żyjemy w takich czasach, że ze spisu powszechnego nie da się już wygumkować danych dotyczących narodowości. Po co więc zwlekać z ich publikacją? Chyba że wyniki spisu interpretowane są – o takiej teorii też już słyszałem – jako plebiscyt za…autonomią Śląska. Jeżeli tak, to byłaby to nadinterpretacja.

***
Na nasze sprawy patrzyłem przez ostatnie kilkanaście dni z perspektywy Londynu. Tragedia Magdy z Sosnowca, którą od rana do nocy żyła cała Polska – w brytyjskich mediach nie istniała. Za to zastanawiano się, czy po ewentualnym wyjściu Szkocji ze Zjednoczonego Królestwa pozycja Wielkiej Brytanii w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i NATO nie zostanie zmarginalizowana. Na razie zwolennicy pozostania Szkocji w Królestwie maja 5 proc. przewagi nad zwolennikami niepodległości. Referendum ma odbyć się jesienią 2014 r. Pożyjemy, zobaczymy.

16.01.2012
poniedziałek

Komputery na liczydła

16 stycznia 2012, poniedziałek,

Jak tu nie żądać autonomii, kiedy Warszawa bezmyślnie niszczy nasze projekty? – pyta kolega – lekarz (do tego z Sosnowca) klnąc przy tym na dalsze dewaluowanie karty chipowej Śląskiej Regionalnej Kasy Chorych. Tym razem związane z wypisywaniem recept.

Zanim o kolejnym bzdurnym pomyśle centrali NFZ, to spieszę uspokoić wszystkich gorączkujących się w związku z apelacją Prokuratury Okręgowej w Opolu w sprawie rejestracji Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej – poczekajcie do najbliższej „Polityki”. A w niej do filozofii rodem z „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa i do słów Korowiowa, sługi szatana Wolanda, który ma za zadanie wymazanie (przez zniszczenie szpitalnych papierów) istnienia pisarza na radzieckiej ziemi: skoro nie ma dokumentów, to nie ma też człowieka. Skoro w żadnym oficjalnym dokumencie nie ma wzmianki o narodowości śląskiej – piszę to jako „narodowość polska” – to znaczy, że jej nie ma?

Ale, póki co, wracajmy do naszych baranów: zgodnie z zarządzeniem prezesa NFZ z połowy stycznia – od lutego nie będzie możliwa realizacja recept (na leki refundowane) wydrukowane przy użyciu śląskich kart chipowych. Sprawa dotyczy 4,6 mln mieszkańców Śląskiego. Dla nie mających pojęcia, gdzie leży pies pogrzebany, wyjaśniam: taką kartę z nazwiskiem Jan Dziadul i z zakodowanymi wszelkimi danymi personalnymi – w przychodniach i szpitalach (w sumie w 2,5 tys. zakładach opieki zdrowotnej) wkłada się do czytników i drukuje recepty. Miesięcznie ok. 3 mln sztuk! Lekarze wypisywali tylko nazwy leków, zasady dawkowania, stawiali swoje pieczątki – i koniec! Przyspieszało to pracę lekarzy, ułatwiało farmaceutom – w komfortowej sytuacji byli pacjenci, bo aptekarze nie musieli już sprawdzać np. czy PESEL się zgadza.

Niebawem nasze karty mają mieć taką samą wartość, jak karty bankowe po terminie ważności. Żadną. Recepty, zgodnie z zarządzeniem prezesa NFZ, mają być od początku do końca wypisywane ręcznie. Te drukowane nie spełniają bowiem wymogów nowego prawa. Trudno się więc dziwić, że śląskim lekarzom otwierają się noże w kieszeniach. To koszmar dla nich i aptekarzy. Zarządzenie każe im bowiem cofnąć się w czasie o 12 lat, kiedy karty chipowe weszły w życie – to tak, jakby (ktoś trafnie porównał) zamienić dzisiaj komputery na liczydła. Toż to sabotaż dotychczasowych rozwiązań, których Śląskiemu zazdrościła cała Polska!

A może w tym rzecz: po co na Śląsku mają mieć lepiej, kiedy już mieli?! I nie chodzi tylko o karty chipowe. W ramach interpelacji poselskich padło pytanie pod adresem ministra zdrowia: dlaczego – przy podobnym potencjale ludności, ilości szpitali, łóżek itp. – Mazowiecka Kasa Chorych dostała z NFZ prawie 2 mld zł więcej (odpowiednio 9 mld zł i 7 mld zł) od ŚKCh?

Nawet totalnym przeciwnikom autonomii trudno teraz nie dywagować – przynajmniej w zakresie służby zdrowia – a może ma ona sens?

***
Gospodarka, głupcy! Dla Ślepra bilans gospodarczy Śląskiego` 2011 jest budujący, choć nie do końca, dla Warszawiaka – dołujący. Pragnę poinformować W., ze firmy w KSSE nie płacą tylko części podatków. Taka jest filozofia działania specjalnych stref na całym świecie. Zawsze jest coś za coś.

Gdyby np. Opel na dzień dobry miał płacić sto procent, to by go nie było i nie byłoby, przy okazji, dobrych prognoz dla województwa wynikających choćby z faktu, co zauważył Waldemar, że 70 proc. PKB tworzą małe firmy, można powiedzieć: prywaciarze, kapitaliści! Często kooperujący z Oplem i jemu podobnymi. Jeszcze 20 lat temu było to nie do pomyślenia.

Dalej: jeśli dzisiaj Opel miałby w strefie płacić cały podatkowy wachlarz, to w pół roku rozebrałby fabrykę do fundamentów i przeniósł produkcję na Ukrainę (przymiarki już były).

Co do JSW to uważam, że gdyby wcześniej weszła na giełdę (w Warszawie i Londynie, jak NWR) z całym zapleczem koksowniczym – to już mogłaby być śląska marką przynajmniej na europejską skalę.

Wszystkim odwzajemniam życzenia na 2012 rok: aby nam się dobrze działo!

31.12.2011
sobota

Gospodarka, głupcy!

31 grudnia 2011, sobota,

Jaki był rok 2011? W czasach nieustannych narzekań na wszystko, spróbujmy poszukać jaśniejszych punktów starego roku. A jest w czym wybierać i przebierać! Dzisiaj o gospodarce, bo słynne powiedzenie Billa Clintona: gospodarka, głupcze! – jak ulał pasuje do dzisiejszego Śląska.

Bez wątpienia trzeba do jasnej strony mocy zaliczyć lipcowy giełdowy debiut Jastrzębskiej Spółki Węglowej – pierwszej śląskiej górniczej firmy na warszawskim parkiecie. Nie brakuje opinii, że start był generalnie słaby, bo ceny akcji nie poszybowały w górę. To nieprawda: zważywszy na okoliczności towarzyszące debiutowi – należy go uznać za sukces. Choćby w tym sensie, że działaczom związkowym nie udało się zawrócić JSW z drogi na parkiet. A robili, co mogli.

Przypomnę: referendum przeciwko prywatyzacji; zapowiedź strajku przeciwko prywatyzacji; groźba blokowania wysyłki węgla – także przeciwko prywatyzacji. To nie mogło pozostać bez echa. Jeżeli nawet na papierze wychodziło, że spółka jest dobra i ma przed sobą świetne perspektywy, to przecież zakup akcji oznaczał dla inwestorów, że bierze się je z dobrodziejstwem inwentarza – z przeciwnymi prywatyzacji silnymi związkami zawodowymi, które niedługo przed debiutem zaklinały publicznie, że zrobią wszystko, aby nie dopuścić JSW na giełdę.

Oczywiście, że na tle znakomitej koniunktury na węgiel koksujący debiut nie był „wejściem smoka”, ale swoje też zrobiły wszechobecne na giełdzie w połowie roku minorowe nastroje, związane z wiszącą w powietrzu grecką (i nie tylko) tragedią, zawirowaniami w strefie euro, a także pogarszająca się sytuacja gospodarcza USA. W sumie: JSW wypadła dobrze, a w 2012 r. – po zamknięciu budowy Grupy Węglowo – Koksowej – jej akcje powinny ostro pójść do góry.

Kolejne wydarzenie z gospodarczej sceny warte odnotowania, to 15 – lecie (obchodzone w połowie roku) Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Bez niej nie byłoby możliwe utrzymanie przez Śląskie czołowego miejsca na gospodarczej mapie kraju, nie byłaby możliwa zmiana przemysłowego „czarnego oblicza” w środkowej części województwa: w Górnośląskim Okręgu Przemysłowym i Zagłębiu Dąbrowskim.

Budowa strefy rozpoczęła się wraz z budową w 1996 r. fabryki Opla w Gliwicach. Była to pierwsza i do tej pory największa inwestycja w KSSE. Sztandarowa. Znak Opla zaczął jak magnes przyciągać europejskie i światowe firmy związane z motoryzacją. Do tej pory General Motors zainwestował u nas ok. 3 mld zł. Zatrudnia 3 tys. pracowników. Dzisiaj to jeden z największych polskich eksporterów – wartość zagranicznej sprzedaży Opla w 2011 r. wyniosła 1,5 proc. całego polskiego eksportu.

KSSE zajmuje prawie 2 tys. ha i w połowie jest już zagospodarowana. Funkcjonuje w 19 miastach i 15 gminach. Około 200 firm zainwestowało w niej w sumie 17 mld zł, co pozwoliło stworzyć ponad 44 tys. miejsc pracy. Jeżeli dodamy do tego nowe miejsca pracy w firmach kooperujących z tymi ulokowanymi w strefie, to ta liczba wzrośnie do ponad 120 tys. Dla porównania: inwestycje we wszystkich 14. specjalnych strefach w kraju wyniosły do tej pory 73 mld zł i przełożyły się na 167 tys. nowych miejsc pracy.

Pokusiłem się o wskazanie śląskich wizytówek gospodarczych 2011 r. Na pierwszym miejscu stawiam, oczywiście, KSSE, z działającymi w niej firmami, która skutecznie zmienia dotychczasowe przemysłowe oblicze regionu.

Są nimi również fabryki Fiata w Tychach i Bielsku – Białej, od blisko 40 lat obecne w przemysłowym krajobrazie Śląska. Dzisiaj są jednymi z najważniejszych zakładów tego koncernu na świecie. W ciągu ostatnich 20 lat z Tychów wyjechało bez mała 6 mln samochodów (ponad 90 proc. trafiło na eksport).

Do wizytówek zaliczam koncern ArcelorMittal Poland z siedzibą w Katowicach, który posiada pięć huty: w Krakowie (d. Sendzimira), w Dąbrowie Górniczej (d. Huta Katowice), Chorzowie, Sosnowcu i Świętochłowicach. Światowy gigant stalowy jest największym producentem stali w Polsce i największym producentem koksu w Europie.

Ważna pozostaje Kompania Węglowa – największa firma górnicza w Europie, która w swoich kopalniach zatrudnia 60 tys. osób i produkuje 40 mln ton węgla (przewidywany zysk za 2011r., to 500 mln zł netto). No i wspomniana już Jastrzębska Spółka Węglowa, która z ponad 2 mld zł tegorocznego zysku netto (prognoza) robi wrażenie nie tylko w kraju.

Na swoją szansę czeka Terminal Przeładunkowy w Sławkowie, do którego dochodzi kolej szerokotorowa łącząca bezpośrednio z ogromnym rynkiem krajów b. ZSRR, a przez Rosję – z Chinami. Ten terminal powinien stać się jednym z najsilniejszych gospodarczych atutów województwa.

Wizytówką są dla mnie Wojskowe Zakłady Mechaniczne w Siemianowicach Śl. – największy producent wozów bojowych dla polskiego wojska, w tym słynnych Rosomaków, które sprawdzają się w warunkach bojowych na misji w Afganistanie.

Ważne miejsce na gospodarczej mapie zajmuje Południowy Koncern Energetyczny w Katowicach – jeden z dwóch największych w Polsce producentów energii elektrycznej – wchodzący w skład Grupy Tauron. Z kolei Alstom Konstal w Chorzowie, to potentat wśród krajowych producentów pojazdów szynowych.

Na uwagę zasługuje Federacja Firm Lotniczych BIELSKO w Bielsku – Białej grupująca 20 zakładów budujących samoloty i szybowce (m.in. w firmie Margański & Mysłowski powstają dwusilnikowe i czteromiejscowe samoloty Orka), a także produkujących (Avio Polska) części do silników samolotów długodystansowych Boeing 747 – 8. Firma Flytronic w Gliwicach wytwarza bezzałogowe samoloty obserwacyjne, które trafiają do naszego wojska i policji.

A Browar Książęcy w Tychach, należący do Kompanii Piwowarskiej, to największy producent piwa w Polsce. Nie można zapomnieć o Grupie Żywiec należącej do holenderskiego Heinekena – to kolejny krajowy lider w produkcji złotego trunku.

Już tylko te wymienione firmy – moje wizytówki 2011 – pokazują różnorodność śląskiego przemysłu i jego bogatą ofertę na rynku krajowym i europejskim.

W województwie śląskim zarejestrowanych jest prawie 431 tys. podmiotów gospodarki narodowej, z tego 330 tys. to osoby fizyczne prowadzące działalność gospodarczą. W regionie działa 31 tys. spółek prawa handlowego, w tym 5400 z udziałem kapitału zagranicznego. Z dominującej do niedawna własności państwowej pozostało jeszcze tylko 28 przedsiębiorstw! Z ogólnej liczby podmiotów gospodarczych, aż 96 proc. reprezentuje sektor prywatny.

Około 60 proc. wszystkich zatrudnionych w województwie pracuje już w usługach rynkowych i nierynkowych, a na ten sektor przypada podobna wielkość w tworzeniu produktu narodowego brutto (PKB). Przemysł wypracowuje 33 proc. PKB. W 2010 r. wyniósł on – według Głównego Urzędu Statystycznego – 176 mld zł, co dawało ponad 13 proc. PKB Polski (drugie miejsce po Mazowszu).

Choć w ocenach Europejskiego Centrum Analiz Gospodarczych w województwie śląskim wypracowuje się 16 – 18 proc. krajowego PKB, co dawałoby pierwsze miejsce w Polsce (zapewne chodzi o inne metodologie liczenia, ale nawet przy mniej korzystnym sposobie obliczeń region też jest w krajowej czołówce).

Na odbywającym się jesienią 2011 r. w Katowicach I Europejskim Kongresie Małych i Średnich Przedsiębiorstw poinformowano, iż właśnie takie firmy wypracowują 70 proc. PKB województwa śląskiego.

Rok 2011 mamy z głowy. Dla naszej gospodarki – generalnie dobry. A dla nas? Jak jest, każdy widzi…

***
Wszystkim winien jestem życzenia świąteczne – choć spóźnione, to szczere. Święta spędzałem w Irlandii z postanowieniem, że przez tydzień nie dotknę Internetu. Udało się. A teraz: moc serdeczności noworocznych! Niech rok 2012 będzie dla was o niebo lepszy, niż miniony.

14.12.2011
środa

Wujek – teorie spiskowe i prawdziwe

14 grudnia 2011, środa,

Kiedy historię próbuje się ukrywać i zakłamywać, a tak było w przypadku „Wujka”, to musiała ona obrosnąć w legendy i spiskowe teorie.

Jedną z nich było odebranie przysięgi od górników przez księdza Henryka Bolczyka, że będą walczyć do ostatniej kropli krwi. Służba Bezpieczeństwa robiła wszystko, żeby połączyć księdza ze śmiercią górników. Trzykrotnie zgarniano go sprzed krzyża pod „Wujkiem”. Nie udało się. Rzekoma przysięga była tylko odpuszczeniem grzechów. O to błogosławieństwo poprosiła Bolczyka grupa górników, kiedy 15 grudnia, wieczorem, opuszczał po modlitwie kopalnię: – Miałem wątpliwości, czy to błogosławieństwo nie podgrzeje atmosfery, czy nie zostanie źle odebrane – wspomina Bolczyk. – Dlatego zamiast po polsku udzieliłem go po łacinie.

Pod koniec lat 80. kiedy już wiadomo było, że będzie zgoda na odrodzenie się Solidarności, w kręgach partyjnych zaczęto kojarzyć to z wydarzeniami w „Wujku”. Uknuto taką teorię, że to działacze tego związku specjalnie podgrzewali atmosferę w kopalni, żeby doszło do ostrej konfrontacji: – Historia uczy, że nic tak nie pomaga przetrwać ideom, jak krew na sztandarach – mówiono z sarkazmem w kończącym żywot KW PZPR.

W wojsku łączono tragedię „Wujka” z możliwą prowokacją wobec gen. Wojciecha Jaruzelskiego, głównego autora stanu wojennego: - Przez cały 1981 r. władze partyjne, z Andrzejem Żabińskim na czele, parły do siłowej konfrontacji z opozycją – mówił gen. Jana Łazarczyk, wtedy szef Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego. Żabiński należał do grupy partyjnych jastrzębi (byli w niej m.in. Tadeusz Grabski, Stefan Olszowski i Mirosław Milewski), która dążyła do ostrej rozprawy z kontrrewolucją. Groźnie wymachiwała szabelką katowicka SB i milicja. Nie brakowało tutaj zwolenników interwencji; dzielono już stanowiska po wejściu wojsk Układu Warszawskiego: – Od pierwszych dni stanu wojennego wytykano nam, że zbyt łagodnie obchodzimy się z opozycją – wspominał Łazarczyk. Jaki cel miałaby taka prowokacja? – Mogę sobie wyobrazić taki tok myślenia, że mogłoby chodzić o skompromitowanie ekipy Jaruzelskiego, a zabici górnicy byliby świetnym pretekstem do zmiany władzy.

Albo też krew miała zamknąć na długie lata jakikolwiek dialog z opozycja?!

Taki scenariusz mogła np. realizować po „Wujkiem” (dzień wcześniej pod „Manifestem Lipcowym”) Grupa Perka – specjalny oddział SB, ochrzczony tak od nazwiska dowódcy, działający po cywilnemu i uzbrojony podobnie jak milicyjny pluton specjalny, który ostatecznie został oskarżony o użycie broni. Jej rola w wydarzeniach na „Wujku” do dzisiaj nie została wyjaśniona. Jerzy Gruba, w tamtych latach komendant wojewódzki milicji w Katowicach, tak scharakteryzował zadania perkowców: – Mieli wchodzić w środek demonstracji i strajków, przejmować kontrolę, identyfikować przywódców, w odpowiednich momentach wyłuskiwać najaktywniejszych. A więc także podgrzewać atmosferę strajków i demonstracji? – Może raczej działać destrukcyjnie na pewne struktury i przedsięwzięcia.

Płk. Kazimierz Wilczyński, dowódca oddziałów ZOMO odblokowujących „Wujka”, powiedział, że z Grupą Perka nie miał łączności radiowej i nie wie, jakie były jej zadania: – Oni komunikowali się bezpośrednio z szefami SB.

Górnicy pamiętają, że ich rannych kolegów wyciągali z karetek jacyś cywile.

W październiku 1982 r. funkcjonariusz podobnej grupy z Krakowa zastrzelił w czasie manifestacji w Nowej Hucie jednego z demonstrantów, Bogdana Włosika. Od tego momentu takim specgrupom w całym kraju zakazano wchodzić w strajki i demonstracje z bronią. Ich działalność stopniowo ograniczano, a ślady po niej zacierano. W 1988 r. SB rozwiązała te oddziały. Na dobrą sprawę nie wiadomo dzisiaj, kto wchodził w ich skład. Ppłk. K. Perek zmarł na początku lat 90.; jego żona została zamordowana.

15 grudnia 1981 r. nominację na wojewodę katowickiego dostał gen. pilot Roman Paszkowski. Do Katowic przyjechał dzień później, już po tragedii „Wujka”. W drodze przeglądał jakieś dokumenty, w których natknął się na wypowiedź Tadeusza Grabskiego, który krytykował władze za zbyt łagodne rozprawianie się z opozycją: – Dziesięć tysięcy trupów, to 10 lat spokoju – cytował Paszkowski po latach. Powiedział, że na jego nominację do Katowic należy patrzeć również z tego punktu widzenia: – Tu w partii, w milicji i SB panował specyficzny klimat nastawiony na rozwiązania siłowe. Musiałem spacyfikować to towarzystwo.

Ten klimat czuła Solidarności, stąd jej działacze zarzucali, że krwawa pacyfikacja „Wujka” została od początku zaplanowana, a jej pokazowym celem było zastraszenie i złamanie ognisk oporu w całym kraju. Tą drogą szła Nadzwyczajna Komisja Sejmowa ds. Zbadania Działalności MSW, tzw. komisja Rokity. Na początku października 1991 r. komisja uznała, że zabójstwo górników było zamierzone, zaprogramowane i zaplanowane. Ujawniono winnych tragedii: płk. Jerzy Gruba – komendant wojewódzki milicji, płk. Zygmunt Baranowski – I zastępca ds. SB, płk. Marian Okrutny – zastępca komendanta i szef sił wyznaczonych do odblokowania strajkujących zakładów, płk. Kazimierz Wilczyński – dowódca ZOMO, chor. Romuald Cieślak – dowódca plutonu specjalnego (antyterroryści) i ppłk. Kazimierz Kudybka – naczelnik Wojewódzkiego Stanowiska Kierowania.

Komisja oznajmiła, że dysponuje planami zamiaru dokonania zbrodni: „Autor planu przewidział użycie broni i wskazany jest kierunek strzału. Ten materiał w decydującym stopniu przesądza o zamiarze kierownictwa Sztabu KW MO”. W tym momencie wydawało się, że prawda o tragedii „Wujka” jest na wyciągnięcie ręki. Należało jeszcze tylko poszczególnym osobom przypisać zbrodnicze role. Kazimierzowi Kudybce zarzucono opracowanie planu i wskazanie kierunku (co do centymetrów), z którego miały paść strzały.

Ustalenia komisji w części dotyczącej „Wujka” szybko zaczęły się sypać. Było to polityczne i prawne dyletanctwo Rokity – i zacietrzewienie, które nakazało odłożyć na bok logikę. Okazało się bowiem, że Kudybka, jeszcze przed stanem wojennym, znalazł się w szpitalu. Do pracy wrócił na początku stycznia 1982 r.: – Wtedy dostałem polecenie odtworzenia tragicznych wydarzeń w kopalni – mówił przed śmiercią. Stąd z taką precyzją można było zaznaczyć „kierunki strzałów”: – Za plany sporządzone kilka tygodni po tragedii skazano mnie na śmierć cywilną. Może i tę prawdziwą – Kudybka zmarł jeszcze przed zakończeniem prokuratorskiego śledztwa, które nie potwierdziło rewelacji sejmowej komisji o zaplanowanym od początku do końca zamiarze zabicia górników.

Po tragedii „Wujka” nadal strajkowała kopalnia „Piast” w Bieruniu (pod Tychami). Dwa tysiące zdeterminowanych górników pod ziemią. Opowiadał mi gen. pilot Roman Paszkowski, od godzin wieczornych 15 grudnia 1981 r. wojewoda katowicki (do Katowic dotarł już po pacyfikacji ‘Wujka”): – Dwa – trzy dni później pojechałem do kopalni „Generał Zawadzki” Dąbrowie Górniczej i obiecałem, że na Śląsku więcej się krew nie poleje. Myślę, że słowa dotrzymałem
- Ale już pod pana rozkazami odbyło się drugie odblokowanie Huty” Katowice”, a potem kopalń „Piast” i „Ziemowit”… W hucie ostro targano po szczękach…

Gen. Paszkowski: – Między targaniem po szczękach a użyciem broni, jest chyba zasadnicza różnica? Huta była dla nas groźnym punktem zapalnym, ale jeszcze dramatyczniej było w „Piaście”. Czy pan wie, że przychodzono do mnie – do wojewody i szefa Wojewódzkiego Komitetu Obrony – po zgodę na interwencję na dole? To były chore pomysły ze strony milicji. Takim pomysłodawcom kazałem się wynosić za drzwi. Okazało się, że można z górnikami rozmawiać i przeczekać największe emocje. Do Świąt, ale bez dramatu, który miałby o wiele większy wymiar niż w „Wujku”.

Gen. Gruba: – Zgadzam się, że już za Paszkowskiego w kilku kopalniach przeczekano strajki, ale w tamtym czasie rodziły się (nie twierdzę, że za wiedzą wojewody), zupełnie tragiczne pomysły w Ministerstwie Górnictwa i Energetyki. Przypomnijmy, że ministrem był gen. Czesław Piotrowski, członek Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego: - Tam zaczęto tworzyć specjalny oddział do interwencji w podziemiach kopalni – opowiadał Gruba. – Kazano mi wycofać z ORMO wszystkich górników i oddać ich do dyspozycji ministerstwa.

Ponoć jeździli szkolić się w kopalniach czechosłowackich, pod Ostrawę? – Słyszałem, szczegółów nie znam. Gruba twierdził, że od początku był przeciwny powstaniu takiej jednostki. – Pół mojej rodziny pracowało w tym czasie w kopalniach, więc zdawałem sobie sprawę czym to grozi. Mało tego: właśnie w czasie strajków „Piaście” na zebraniu WKO zastanawiano się – i to nie była propozycja śląskich milicjantów! – nad sposobami usunięcia górników z dołu kopalni: może podtopić, może wyłączyć prąd…Nie uwierzyłbym, gdybym tego nie słyszał!

Czy głośno o tym myślał gen. Jerzy Bejm, komendant główny milicji? – Tak, ale takich „górników z Warszawy” było więcej. Bejm ściągnął, po „Wujku”, pod Katowice dziesięć tysięcy milicjantów z całej Polski. Każdy hotel był zajęty, każde schronisko w górach. Kiedy się sprowadza takie siły, to trzeba im coś dać do roboty, czyż nie?

Czeski ślad, o którym opowiadał mi Gruba, nie był fantazją. Ale był on bardziej związany z podgrzewaniem atmosfery na Śląsku przed stanem wojennym, niż z jakimiś akcjami odblokowania strajkujących zakładów. Przed laty prowadziłem swoje śledztwo w sprawie „Wujka”, którego finałem była książka „Rozstrzelana kopalnia”, później film Kazimierza Kutza – „Śmierć jak kromka chleba”. Wtedy dostałem materiały od Polaków z Zaolzie (przekazane przez Tadeusza Kijonkę, posła pierwszej kadencji) o szkoleniu specjalnych grup czechosłowackiej SB (StB) do tłumienia strajków w kopalniach (dobierano znających język polski). Zdaniem informatorów grupy takie działały w 1981 r. i na początku stanu wojennego na Śląsku.

Na początku 1991r. o pomoc w wyjaśnieniu czeskiego śladu zwróciłem się – poprzez Konsulat Generalny w Katowicach (jeszcze Czechosłowacji) do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych CSRF. Odpowiedziała mi ich ówczesna Federalna Służba Informacyjna: „Rozwojowi sytuacji w Polsce około 1981 r. czechosłowacki kontrwywiad poświęcił uwagę w akcji „Sever”. Materiały z wyżej wymienionej akcji 7 kwietnia 1987 r. pod. 1.dz.24670 przekazano do archiwum i w roku 1989, w grudniu, zostały skartowane (zniszczone). Z pozostałych materiałów wynika, że akcja „Sever” była skierowana przeciwko ruchowi strajkowemu, ‘Solidarności” oraz rozwojowi sytuacji w Polsce. Ze względu na przeprowadzoną skartację materiałów byłej Służby Bezpieczeństwa, nie ma już konkretnych danych do dyspozycji (…)”.
I na tym zakończył się mój czeski ślad.

Wiemy na pewno, że „Wujek” był największą tragedią stanu wojennego.
Od lat zastanawiam się, dlaczego opór przeciwko wojskowej dyktaturze był największy na Śląsku?
Do „Wujka” wojskowa dyktatura była przedsięwzięciem zupełnie udanym.
Więc gdyby nie było „Wujka”, to co?!

7.12.2011
środa

Partia do broni

7 grudnia 2011, środa,

Na początku grudnia 1981 r. Komitet Wojewódzki PZPR w Katowicach żądał od milicji i wojska uzbrojenia grupy samoobrony tworzonej wśród pracowników aparatu partyjnego. Broni, na szczęście nie dostali, ale strach pomyśleć, co mogłoby się wydarzyć, gdyby to partyjni aktywiści próbowali po swojemu zaprowadzić porządki w stanie wojennym?

Czytaj całość →

14.11.2011
poniedziałek

Śląskie się uczy

14 listopada 2011, poniedziałek,

W 1989 r. na 100 badanych uczniów w byłym województwie katowickim – tylko 19 wybierało szkoły maturalne, będące przepustką na studia wyższe. Należy przypuszczać, że w ówczesnych województwach bielskim i częstochowskim wynik byłby podobny. Dominowało szkolnictwo zawodowe.

Czytaj całość →