Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Śląsk z bliska - Jana Dziadula blog patriotyczno-lokalny Śląsk z bliska - Jana Dziadula blog patriotyczno-lokalny Śląsk z bliska - Jana Dziadula blog patriotyczno-lokalny

16.04.2019
wtorek

Czesi idą po kamratów

16 kwietnia 2019, wtorek,

Czescy ratownicy ruszyli po ciała dziewięciu polskich górników, pozostające 800 m pod ziemią od 20 grudnia 2018 r. w kopalni CSM w Stonawie. Po ciała i dusze.

Tego popołudnia wybuch metanu zbudził wściekłą falę ognia i zabił 13 górników, w tym 12 Polaków. Po tragedii udało się odnaleźć zwłoki czterech górników. Dojście do pozostałych uniemożliwiał szalejący wciąż pożar. Temperatura takich płomieni może tuż po eksplozji sięgać w skrajnych przypadkach nawet 1000 st. C.

Potem wszystko: stal, drewno, beton i ci, co są w pobliżu, prażą się w kilkuset stopniach. Chodnik staje się pułapką bez wyjścia. Zaciska się do kilkudziesięciocentymetrowych przestrzeni albo zawala.

Jedyne, co można zrobić, to próbować odizolować – zatamować obszar pożaru. Chodzi o to, żeby w zamkniętym środku zdusić ogień i umożliwić wejście ratowników. Szczelnymi tamami odcięto w CSM prawie 5 km chodników od reszty kopalni, której tydzień po tragedii udało się wznowić wydobycie. CSM ma być do 2023 r. zlikwidowana jako ostatnia w czeskim górnictwie węgla kamiennego.

Prawie 40 lat temu, pod koniec października 1979 r., w kopalni „Silesia” w Czechowicach-Dziedzicach na głębokości 460 m wybuchł pożar, w którym zginęło 22 górników. Ogień rozprzestrzenił się prawdopodobnie od palącej się taśmy przenośnika. Byłem tam, w samym centrum akcji ratowniczej. Dopuszczenie dziennikarza wiązało się wówczas z nadzieją, że jakimś cudem udało się górnikom umknąć w inne rejony kopalni; że ogień tylko ich odciął, ale nie zabił. Wtedy rejon pożaru także otamowano i wszystkimi możliwymi środkami i metodami próbowano go ugasić. Wykorzystano nawet silnik samolotu odrzutowego – chyba MIG-a 21, którego spaliny miały wyprzeć tlen z płonącego chodnika. To była jedna z najdłuższych akcji ratowniczych w polskim górnictwie – zakończyła się dopiero 19 grudnia 1979 r.

Kiedy już zdecydowano o rozebraniu tam, do ostatecznej akcji gotowych było kilkuset ratowników górniczych w pięcioosobowych zastępach. Opowiadali mi potem, już na górze, że ze specjalnymi szlauchami wciskali się w rozżarzone przestrzenie, schładzali strop i wszystko dookoła. Po paru minutach wycofywali się. I tak metr po metrze, zastęp za zastępem. Pełzali po ciała i dusze.

Ratownikami kieruje inna motywacja, kiedy czują, że jest nadzieja, że idą po żywych – a na początku akcji, bez względu na charakter katastrofy, bez względu na swoje doświadczenia i zdrowy rozsądek, zawsze idą po żywych. Zawsze.

Kiedy wiadomo, że stało się to, co stać się musiało, że idą już tylko po ciała, motywacje poddają się emocjom. Niektórzy zaczynają działać z jeszcze większą, jeszcze bardziej rozpaczliwą determinacją. Poszukiwanie kamrata staje się misją, wierną obowiązującej odwiecznie regule, że górnik musi wyjechać na powierzchnię. Jego trud musi być uszanowany, a on sam z godnością oddany ziemi, pod którą w pocie czoła fedrował. Musi wrócić do rodziny.

Ci, którzy mieli szczęście i nadal będą zjeżdżać na zwykłe szychty, nie mogą mieć w tyle głowy przeświadczenia, że być może gdzieś niedaleko, w podziemnych czeluściach, pozostali ich kamraci. Błądzą ich dusze.

Na jakimś etapie akcji ratowniczej w „Silesii” w magazynach kopalni pojawiły się trumny. Zwyczajne, na rozmiar każdego z nas. Później po cichu je wywożono i zastępowano maleńkimi, jak dla dzieci. Także te okazywały się za duże dla zdeformowanych, zniekształconych ciał. To było prawie 40 lat temu – pamiętam, jakby to było wczoraj. Jeden z górników został pod ziemią na zawsze. Nic nie dało się zrobić.

Według informacji z CSM Stonawa ratownicy mają nadzieję odnaleźć pięć ciał w odległości 200 m od pierwszej tamy, a po ich wywiezieniu i rozebraniu kolejnej tamy do ostatniej czwórki będą mieli ok. 500 m. Prawdopodobnie w żarze prażącego się ciągle węgla. Te odległości szacowane są według „rozkładu pracy” w momencie wybuchu.

W gotowości do akcji czeka około pół tysiąca czeskich ratowników; z Polski też płyną deklaracje wszelkiej pomocy.

Ale tu i ówdzie pojawiają się głosy zwątpienia. Czy warto ponosić tak niewyobrażalny trud, również w wymiarze finansowym?

Może przyjdzie czas, kiedy wzorem cmentarzy morskich tam pod ziemią pojawią się święte miejsca, w których śpią ci, do których nie można dotrzeć? Mówiono mi, że tak działo się i dzieje w niektórych kopalniach na świecie. Czy będzie nas kiedyś stać na taką odwagę?

Wychowany w naszej cywilizacji, w kulturze szacunku dla majestatu śmierci – sam nie wiem, co mam o tym myśleć. Mam nadzieję, że ci, co zostają pod ziemią, śpią spokojnie. A ich dusze tańczą na wierchu pomiędzy promieniami słońca. Mam nadzieję. Szczególnie teraz, w Wielkim Tygodniu, kiedy dzieją się rzeczy dziwne i nieprzewidywalne.

Czeskim ratownikom – Szczęść Boże.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop
css.php